Album · 7 utworów · ok. 50 minut
„Simple Stories About Hope And Worries” - debiutancka płyta Piotr Budniak Essential Group
Wszystko o materiale: geneza, tracklista, realizacja nagrania, wydawca i to, czego można się spodziewać przy pierwszym odsłuchu. Bez recenzenckiego żargonu.
Podstawowe informacje o wydawnictwie
Płyta ukazała się 15 lipca 2015 roku, wydana przez Soliton. To debiut sekstetu prowadzonego przez perkusistę i kompozytora Piotra Budniaka. Zawiera siedem utworów, wszystkie autorstwa lidera, o łącznym czasie zbliżonym do pięćdziesięciu minut. W jednym z nich pojawia się wokal, a tekst do niego również napisał lider. Album dostępny jest w wersji fizycznej oraz w serwisach streamingowych, gdzie od premiery funkcjonuje pod pełnym, dosyć długim tytułem.
| Element | Szczegół |
|---|---|
| Wykonawca | Piotr Budniak Essential Group |
| Tytuł | Simple Stories About Hope And Worries |
| Data premiery | 15 lipca 2015 |
| Wydawca | Soliton |
| Liczba utworów | 7 |
| Czas trwania | ok. 50 minut |
| Kompozycje | Piotr Budniak (całość) |
| Gatunek | jazz, world music, indie |
Utwór po utworze
Kolejność na płycie nie jest przypadkowa i warto o tym pamiętać przy pierwszym odsłuchu. Materiał zaczyna się od najbardziej nerwowego momentu, przechodzi przez punkt kulminacyjny w środku, wycisza się przy szóstym numerze i zamyka spokojnym rozjaśnieniem. To klasyczny łuk dramaturgiczny, tyle że rozpisany na instrumenty zamiast na słowa.
- Wypłata Po Terminie - tytuł mówi wszystko o nastroju. Napięcie, niepokój, coś, co miało być, a nie przyszło. Siedem i pół minuty rosnącej irytacji, rozładowanej dopiero na końcu.
- Syzyf - najdłużej pracujący motyw na płycie. Fraza wraca, zmienia kontekst, znowu wraca. Forma odzwierciedla mit, więc słuchacz odczuwa to samo, co bohater, tylko przez osiem i pół minuty zamiast przez wieczność.
- Jem Owies - przewrotny tytuł, sporo przestrzeni dla gitary i najbardziej luźne granie na całym albumie.
- Unknown - najdłuższy utwór, budowany od niemal zupełnej ciszy. Kulminacja przychodzi późno i uderza mocniej, właśnie dlatego że zespół tak długo ją odwlekał.
- I’ve Chosen - jedyny numer z wokalem. Michał Sobierajski śpiewa tekst napisany przez lidera i to on jest tu punktem ciężkości.
- Ps 131 - cztery i pół minuty, najkrótszy fragment albumu. Odniesienie do psalmu o wyciszeniu i pokorze, muzycznie potraktowane oszczędnie.
- The Light - zamknięcie. Rozjaśnienie po całej drodze, bez sztucznie szczęśliwego finału.
Realizacja i to, co słychać w nagraniu
Sekstet nagrywany w studiu stawia realizatora przed konkretnym problemem. Sześć instrumentów, w tym perkusja i dwa instrumenty dęte, to ilość dźwięku, która nie chce się grzecznie rozdzielić na osobne ścieżki. Trąbka wchodzi w mikrofony werbla, blachy wchodzą we wszystko. Można to rozwiązać na dwa sposoby. Pierwszy polega na odizolowaniu muzyków ściankami albo osobnymi kabinami i dokładaniu partii warstwami. Drugi to posadzenie wszystkich w jednym pomieszczeniu i nagrywanie tak, jak się gra na koncercie.
Pierwszy sposób daje czystość, którą docenia każdy realizator. Drugi daje reakcję. Muzyk, który słyszy kolegę bezpośrednio, a nie przez słuchawki z opóźnieniem, reaguje inaczej - szybciej i mniej przewidywalnie. Na płytach jazzowych to zwykle bywa ważniejsze niż idealna separacja. Konsekwencje takiego wyboru słychać: gdzieniegdzie instrumenty wchodzą sobie w drogę, dynamika nie jest wyrównana, a poziom głośności całego materiału jest niższy niż w typowych wydawnictwach popowych. To nie jest błąd produkcyjny, tylko decyzja.
Typowy błąd popełniany przy odsłuchu takiej płyty polega na ustawieniu głośności na poziomie, do którego przyzwyczaiły nas kompresowane produkcje radiowe, a potem narzekaniu, że nic nie słychać. Podkręć o kilka kresek więcej niż zwykle i nagle wszystko wraca na miejsce. Drugi błąd to słuchanie przez głośnik telefonu. Sekcja rytmiczna po prostu w nim nie istnieje, a bez kontrabasu i stopy połowa tej muzyki traci sens.
Czy warto sięgnąć po tę płytę, jeśli nie słuchasz jazzu
Tak, choć z zastrzeżeniem. Ten album nie jest wprowadzeniem do jazzu w stylu klasyków z lat sześćdziesiątych. Nie usłyszysz tu swingującej sekcji i standardowej formy z chorusami. Za to usłyszysz coś, co ma dużo wspólnego z muzyką, której prawdopodobnie już słuchasz - z folkiem, z indierockiem, z tym, co robią zespoły grające melancholijnie i przestrzennie. Tematy są proste i śpiewne. Gitara brzmi bardziej alternatywnie niż jazzowo. Utwór z wokalem może być dla ciebie punktem wejścia.
Zastrzeżenie brzmi tak: musisz dać temu czas. Utwory trwają po siedem i osiem minut, więc jeżeli spodziewasz się refrenu po czterdziestu sekundach, będziesz rozczarowany. Sens tej muzyki polega na budowaniu, a nie na natychmiastowym zaspokojeniu. Pierwsze przesłuchanie zwykle nic nie daje. Drugie już coś. Przy trzecim zaczynasz zauważać, co robi perkusja pod tematem i wtedy jest już po tobie.
Więcej kontekstu znajdziesz na pozostałych stronach: skąd na płycie jazzowej wzięły się world music i indie, kto tworzy Essential Group oraz jaką drogę przeszedł lider zespołu.
Wróć też na stronę główną, jeśli szukasz skróconego przeglądu.
Co odróżnia dobry debiut jazzowy od poprawnego debiutu jazzowego
W Polsce wychodzi rocznie sporo debiutanckich płyt jazzowych i większość z nich jest poprawna. Muzycy grają czysto, kompozycje mają sens, realizacja trzyma poziom. A mimo to po dwóch tygodniach nikt do nich nie wraca. Powód rzadko leży w technice. Leży w tym, że taki materiał nie ma własnego problemu do rozwiązania. Ktoś napisał osiem utworów, bo wypadało wydać płytę po skończeniu akademii, i nagrał je z kolegami z roku. Wszystko się zgadza, tylko nie ma po co tego słuchać drugi raz.
Materiał, który broni się dłużej, zwykle powstaje wokół konkretnego napięcia. Może to być napięcie osobiste, może formalne, może wynikać z próby połączenia dwóch rzeczy, które normalnie do siebie nie pasują. Na tej płycie napięć jest kilka i wszystkie są czytelne. Jest napięcie między prostotą tematów a złożonością tego, co dzieje się pod nimi. Jest napięcie między jazzową tradycją a brzmieniem, które ma więcej wspólnego z alternatywnym rockiem. I jest napięcie najbardziej podstawowe, zapisane wprost w tytule: między nadzieją a obawą, między marzeniem a lękiem przed jego realizacją.
Druga rzecz to odwaga w kwestii czasu. Skracanie utworów pod uwagę słuchacza wydaje się rozsądne i wiele zespołów tak robi. Problem w tym, że w muzyce improwizowanej skrócenie formy zabiera dokładnie to, co miało być jej treścią. Improwizacja potrzebuje rozbiegu. Muzyk, który wie, że ma trzydzieści sekund solówki, zagra to, co ma przygotowane. Muzyk, który ma trzy minuty, w pewnym momencie zużyje wszystkie gotowe pomysły i będzie musiał zacząć naprawdę myśleć. Właśnie te fragmenty są w jazzie najciekawsze i właśnie dlatego długie utwory na tym albumie mają sens.
Trzecia sprawa dotyczy doboru ludzi. Zespół to nie jest suma umiejętności. Można zebrać sześciu świetnych instrumentalistów i uzyskać materiał, który brzmi jak sesja przypadkowych zawodowców. Liczy się to, czy oni się słuchają nawzajem i czy mają wspólny punkt odniesienia. W tym składzie muzycy znają się z konkursów, z sesji, z tej samej sceny. Grali ze sobą wystarczająco długo, żeby wiedzieć, kiedy ustąpić miejsca. Na nagraniu widać to w drobiazgach - w tym, że nikt nie gra pod tematem więcej, niż trzeba.
Ostatnia rzecz, o której warto powiedzieć wprost. Nagranie takiej płyty nie jest ruchem finansowo rozsądnym. Wydawnictwo jazzowe w Polsce sprzedaje się w nakładach, które nie zwracają kosztów studia, miksu i masteringu. Robi się to dlatego, że materiał musi wyjść, a nie dlatego, że policzono zwrot z inwestycji. To brzmi naiwnie i częściowo takie jest, ale w praktyce właśnie z takiego podejścia biorą się płyty, które zostają na dłużej. Reszta, robiona z kalkulacją, zwykle znika razem z modą, która ją stworzyła.